piątek, 13 lipca 2012

Dzień 6.

   Zgodnie z podjętymi wczoraj postanowieniami, dzisiaj pospaliśmy ile kto chciał. Ja wstałem pierwszy kilka minut po 7.00 i bez pośpiechu zacząłem krzątać się wokół auta szykując jednocześnie coś gorącego do picia. Po chwili podszedł do mnie pogawędzić sympatyczny facet z kampera obok z kubkiem kawy w ręku. Dłuższą chwilę wymienialiśmy się doświadczeniami w podróżowaniu takimi pojazdami, po czym każdy z nas zauważył, iż wstała już jego żona, więc pożegnaliśmy się i pospieszyliśmy służyć naszym Paniom. W Trójkowych wiadomościach o 8.00 podano informację o pierwszym w Polsce przeszczepie płuc u dzieci, dokonanym w Śląskim Centrum Chorób Serca i wypowiadał się Sławek Żegleń – mój kolega z grupy. Co prawda na studiach nie przepadaliśmy za sobą, ale miło usłyszeć, że został dobrym specjalistą i robi TAKIE rzeczy. A studentem był z naszej grupy najlepszym i najpilniejszym – to fakt. 

   Poranek mijał nam nieśpiesznie. Każdy nadrabiał swoje zaległości, a dzieci bawiły się wokół aut liściem palmy nie mogąc skorzystać z placu zabaw, który po deszczowej nocy był zupełnie mokry.

Zabawa liściem palmy

   W drogę ruszyliśmy po 12.00 i skierowaliśmy się do Lemon Tree Passage – miejscowości w okolicach której zamieszkuje spora kolonia misiów koala. Oczywiście mieliśmy nadzieję spotkania któregoś z nich. Jak się okazało, była to nadzieja płonna. Pogoda po drodze była w kratkę, ale po dotarciu na miejsce ustabilizowała się jako pochmurna bezdeszczowa ponurość. Po przygotowanym w kamperze lunchu poszliśmy wszyscy na spacer po tej niewielkiej mieścinie dzwoniąc po drodze do domu i rozmawiając z Mamą Jadzią.

Spacer po Lemon Tree Passage

   Po spacerze skierowaliśmy się do odległego o ponad dwieście dwadzieścia kilometrów Timbertown, robiąc jeszcze po drodze zakupy. Teraz stoimy naprzeciw wejścia do Timbertown Heritage Village, które chcemy zobaczyć jutro. Idziemy spać.

Przebieg dziś: 342,80 km
Razem: 572,60 km


czwartek, 12 lipca 2012

Dzień 5.

   Dzisiaj, podobnie jak wczoraj, pobudka o 6.00 by jak najszybciej dotrzeć do City. Z caravan parku wyjechaliśmy jednak o ponad godzinę później niż dnia poprzedniego, gdyż musieliśmy zwinąć obóz czyli odłączyć się od prądu, spuścić nieczystości, uzupełnić wodę oraz uprzątnąć i zaształować wszystko wewnątrz kampera, aby nic nie przemieszczało się podczas jazdy. Plan mieliśmy taki, by wieczorem po zwiedzaniu Sydney wyjechać już na północ w kierunku Brisbane. Oczywiście pod warunkiem, że dotrze ostatnia sztuka bagażu. Tak więc tuż przed 9.00 pojechaliśmy do Narwee (stacja niedaleko domu Władzi), zostawiliśmy kampery na commuter parking i pociągiem ruszyliśmy do centrum. Wysiedliśmy na stacji Museum i poszliśmy zwiedzać właśnie Australian Museum, gdzie mieliśmy okazję zobaczyć wiele szkieletów najrozmaitszych zwierząt, ciekawą wystawę minerałów, ekspozycję poświęconą wymierającym i już wymarłym gatunkom fauny oraz ogromną kolekcję wypchanych ptaków. Na koniec pobyliśmy jeszcze chwilkę w Kid’s Area by i najmłodsze dzieciaki coś miały z tej wizyty.

W Australian Museum

   Z muzeum zadzwoniłem do biura zaginionego bagażu i uzyskałem zapewnienie, że ostatnia torba właśnie ląduje i jak tylko ją otrzymają, oddzwonią do mnie i umówimy godzinę jej dostarczenia. Z Australian Museum poszliśmy do Sydney Aquarium. Tam oglądaliśmy całe mnóstwo ryb, żółwi oraz wszelkich innych wodnych stworzeń, a także odtworzony w sztucznych warunkach ekosystem rafy koralowej. Trafiliśmy także na porę karmienia pingwinów, rekinów oraz ogromnych płaszczek. Dzieci były zachwycone, a i nam lekko rozdziawiły się gęby.

W Sydney Aquarium

   Po Sydney Aquarium poszliśmy na stację Town Hall, robiąc po drodze małe zakupy i wróciliśmy pociągiem do Narwee. Dzieci, tradycyjnie już, posnęły nam na kolanach. Po dotarciu na miejsce podjechaliśmy pod dom Władzi by zabrać torbę, która już tam na nas czekała. Następnie pożegnaliśmy się na najbliższych kilka tygodni, ogarnęliśmy wnętrze kampera, posadziliśmy dzieci w fotelikach opatuliwszy je poduchami i śpiworami, tak by mogły spać w czasie jazdy i tuż przed 21.00 ruszyliśmy w kierunku Newcastle, nadkładając nieco drogi przez centrum, tak by przejechać przez oświetlony Harbour Bridge. Zmęczenie minionymi dniami dało szybko znać o sobie. Nie ujechaliśmy więc zbyt daleko i już po stu trzydziestu kilometrach zatrzymaliśmy się przy Freeway nr 1 na rest arei. Tutaj w towarzystwie kilkunastu innych pojazdów spędzimy naszą pierwszą noc na dziko. Po położeniu dzieci do łóżka, spotkaliśmy się jeszcze u nas z Anią i Tomkiem na szklaneczkę wina.

Przebieg dziś: 133,00 km
Razem: 229,80 km

środa, 11 lipca 2012

Dzień 4.

   Na dzisiaj zaplanowaliśmy zwiedzanie Sydney. W związku z tym wstaliśmy o 6.00 gdy było jeszcze ciemno i po niecałych dwóch godzinach przeznaczonych na śniadanie i wyszykowanie dzieciaków, wyruszyliśmy do City. Najpierw autobusem linii 478, a następnie pociągiem z Rockdale. Wysiedliśmy na stacji Town Hall i od razu udaliśmy się w kierunku Sydney Tower przechodząc między innymi wzdłuż Queen Victoria Building (QVB). Na tarasie widokowym Sydney Tower podziwialiśmy roztaczającą się wokół panoramę, a że pogoda i widoczność były dzisiaj znakomite, widać było na odległość około osiemdziesięciu kilometrów.

Na Sydney Tower

   Z Sydney Tower poszliśmy spacerkiem na Circular Quay, a następnie do Opera House jedząc po drodze pyszne lody. Wokół Opery trwa właśnie remont schodów, więc nieco psuje to wrażenie, ale i tak wygląda ona pięknie i okazale. Pospacerowaliśmy trochę wokół oraz zerknęliśmy do wnętrza, a potem poszliśmy do przylegających do Opery Royal Botanic Gardens. Tam spędziliśmy nieco czasu, to spacerując w kierunku Mrs Macquaries Chair, to wypoczywając na ławeczce, to znów oglądając rosnące tu okazy flory.

Lodzika?

Harbour Bridge

Przy Opera House

W Sydney
 
W Royal Botanic Gardens

W Royal Botanic Gardens
 
W Royal Botanic Gardens

   Po opuszczeniu ogrodów skupiliśmy się na znalezieniu salonu Telstry by kupić wreszcie prepaida z dostępem do netu, a na koniec weszliśmy jeszcze do wzniesionego w stylu bizantyjskiego pałacu QVB, by popodziwiać jego piękne, imponujące rozmiarami i przepychem wnętrza. Nie jesteśmy pewni, ale wydaje nam się, że kiedyś wisiało tam wahadło Foucaulta, natomiast na 100% zniknęła gablota z lalką przedstawiającą postać Królowej Victorii w szatach koronacyjnych. W międzyczasie na zewnątrz zrobiło się już zupełnie ciemno, a dzieciom wyczerpały się baterie. Szybciutko pognaliśmy więc na pociąg i autobus powrotny na caravan park.

Wracamy na kemping

   Dzieci padły ze zmęczenia po drodze, więc po dotarciu do kampera Ola natychmiast przygotowała je do spania i przeniosła się z nimi do Sitków, a ja, nie wiem już który raz, pojechałem do Władzi by odebrać czerwoną walizkę z rzeczami Oli, która dojechała w międzyczasie. Została już tylko jedna torba Sitków. Ciekawe kiedy i czy w ogóle przyleci? Jadąc z City autobusem uruchomiliśmy kupionego prepaida i udało nam się pierwszy raz zadzwonić ze Skype do mojej Mamy.

Przebieg dziś: 19,50 km
Razem: 96,80 km

wtorek, 10 lipca 2012

Dzień 3.

   Po nocy spędzonej w komfortowym ciepełku, obudziliśmy się przed 8.00 i po śniadaniu ruszyliśmy do Britza aby usunąć usterki, które wyskoczyły nam w międzyczasie. Zajęło to około dwóch godzin w czasie których dzieci oglądały film w kamperze Sitków, a ja i Tomki poszliśmy do pobliskiego sklepu typu Obi/Castorama spróbować kupić chemikalia do toalet. Okazało się jednak, iż czegoś takiego nie mają w sprzedaży. Po skończeniu napraw, pojechaliśmy kolejny raz do Władzi po nasze bagaże, zatrzymując się po drodze na lunch. Tym razem byliśmy prawie pewni, że będą już one na nas czekać, lecz po raz kolejny rozczarowaliśmy się. Natychmiast zadzwoniłem na lotnisko i otrzymałem wiadomość, że kurier zabierze od nich nasze torby około 17.00 i powinien je dostarczyć na miejsce między 18.00, a 21.00. Nie pozostało nam więc nic innego jak grzecznie poczekać. Z racji tego, iż do 18.00 pozostało jeszcze kilka godzin, postanowiliśmy czas ten jakoś w miarę pożytecznie zagospodarować. Tak więc najpierw wszyscy z wyjątkiem Ani i mnie poszli na pobliski plac zabaw, a po godzinie z hakiem pojechaliśmy na Grand Pines Tourist Park w Ramsgate, aby zaklepać sobie miejsca postojowe na najbliższe dwie noce. Tam Zosia z Lidką natychmiast pobiegły na nieodległą plażę z widokiem na lotnisko.

Dzieci posnęły w drodze na kemping

   Po kilkudziesięciu minutach zebraliśmy się i ponownie pojechaliśmy do Władzi, tak by być u niej przed 18.00. No i zaczęło się nerwowe oczekiwanie: przyjedzie czy nie przyjedzie? Przyjechał! Około 19.00. Sześć sztuk – bez Olinego i Sitkowych maluchów. Ale i tak byliśmy przeszczęśliwi, że mamy już przynajmniej to, co mamy. Natychmiast po rozpakowaniu i pozostawieniu pustych walizek u Władzi, wróciliśmy na caravan park. W tym czasie zaczął padać deszcz, który bębnił o dach kampera niemalże do samego rana. Dzieci w dalszym ciągu rozregulowane z powodu różnicy czasów szalały do 1.00 w nocy, a my towarzyszyliśmy im winkując.

Przebieg dziś: 49,30 km
Razem: 77,30 km

poniedziałek, 9 lipca 2012

Dzień 2.

   O 8.20 wyrwało nas ze snu pukanie do drzwi kampera. To Władzia przyniosła nam kurtki byśmy mogli opatulić się nimi i przyjść na śniadanie i gorącą herbatę po rzeczywiście bardzo chłodnej nocy. Nie była to jednak pierwsza pobudka tego dnia – kilkanaście minut po trzeciej nad ranem obudziły się dzieci nie przestawione jeszcze na tutejszy czas. Na szczęście Tomek tylko się wysikał, natomiast Maja oprócz sikania stwierdziła, że jest głodna i chce jej się pić. Cóż było robić…? Musiałem wyleźć z w miarę nagrzanego śpiwora i pójść do domu po ciepłą wodę oraz kromkę chleba.

   Po śniadaniu zadzwoniłem po raz pierwszy do biura zaginionego bagażu Singapore Airlines aby dowiedzieć się jak wyglądają sprawy. Niestety nikt nie odebrał, więc nagrałem się na sekretarkę z prośbą o oddzwonienie. Kolejne godziny oczekiwania na jakieś wieści wykorzystaliśmy na dokładne sprzątanie kampera i mycie wszystkich naczyń oraz sprzętów. Jako, że wieści nie nadchodziły pojechaliśmy, prowadzeni przez Piotra, na pierwsze zakupy, aby móc rozpocząć samodzielne życie. Po powrocie do Władzi ponownie zadzwoniłem do biura zaginionego bagażu. Tym razem z powodzeniem. Jednak nasz przypadek okazał się na tyle skomplikowany z racji nie do końca prawidłowo złożonej reklamacji na bagaż Sitków, że konieczne okazało się pojechanie na lotnisko celem przedłożenia wszystkich posiadanych przez nich kwitów i wyjaśnienia nieporozumienia.Niestety sprawy nie wyglądają różowo, gdyż w systemie widać tylko sześć naszych toreb, które nie wiadomo kiedy przyjadą, a po pozostałych słuch póki co zaginął.

Fernanda z biura zaginionego bagażu

   Gdy wróciliśmy do Władzi, to czym prędzej pozbieraliśmy nasze rzeczy i pojechaliśmy na nieodległy Rockdale Caravan Park, by tam spędzić noc z ogrzewaniem. Po drodze dzieci nam posnęły, ale obudziły się na kolację i potem jeszcze długo dokazywały, gdy tymczasem my wraz z Sitkami spędzamy bardzo późny wieczór przy winie i piwie rozważając wszelkie możliwe scenariusze związane z naszymi bagażami. Pomału zaczyna nas opuszczać optymizm. Kolejny dzień i noc w tych samych ciuchach. Zaskakująco dobrze to znoszą...

Przebieg dziś: 14,70 km
Razem: 28,00 km

niedziela, 8 lipca 2012

Dzień 1.

   W Sydney wylądowaliśmy zgodnie z planem, czyli o 10.20. Po szybkiej kontroli dokumentów udaliśmy się po odbiór naszego bagażu, który, tak jak się spodziewaliśmy, nie doleciał. Zanim opuściliśmy terminal, musieliśmy zatem zgłosić jeszcze jego zaginięcie, co nie trwało zbyt długo i około 11.00 spotkaliśmy się z oczekującymi nas już od kilku godzin Tomkiem i Lidką. Prosto z lotniska pojechaliśmy taksówką do wypożyczalni Britz, gdzie odebraliśmy nasze kampery. Podczas gdy ja z Tomkiem załatwialiśmy formalności, dziewczyny z dziećmi brały prysznic i kombinowały jak sobie poradzić bez rzeczy, które były w bagażach. Pierwsze wrażenie jakie zrobiły na nas auta nie było dobre, a potem miało być już tylko gorzej. Wnętrza przesiąknięte były przykrymi zapachami, wszystko się lepiło, nawet naczynia nie były pozmywane – słowem brud i smród. Do tego same wozy mają już spore przebiegi (nasz prawie dwieście tysięcy kilometrów, a Sitków grubo ponad sto tysięcy) i mocno odcisnęło się na nich piętno eksploatacji. Jednak pomimo sporych zastrzeżeń co do stanu technicznego i estetycznego, nie przedłużając udaliśmy się do Władki, wiedząc, że na nas czeka.

Spotkanie po dziesięciu latach

   Władzia wiedząc już, że nie zdążymy na lunch, zmieniła plany i postanowiła przygotować na godzinę 20.00 kolację, którą mieliśmy zjeść wspólnie ze mieszkającymi u niej studentami. Jednak my dotarłszy do niej około 15.00, byliśmy już tak głodni, że ona natychmiast zaczęła przygotowywać nam na szybko coś do jedzenia. W związku z tym, gdy nadeszła pora wieczornego posiłku, na który Władzia jako potrawę główną przyrządziła Boeuf Stroganow, nie byliśmy specjalnie głodni i tylko podzióbaliśmy trochę, zostawiając ją z gotowym obiadem na kilka najbliższych dni, co nie do końca zachwyciło Piotra. W międzyczasie Ola próbowała myć wnętrze kampera, by choć trochę zrobiło się w nim milej i przytulniej. Po kolacji wraz ze studentami zjedliśmy jeszcze deser, na który, tradycyjnie już, była Pavlova.

Pavlova

   Jako, że noc zapowiadała się zimna spróbowaliśmy jeszcze z Piotrem podłączyć kampery do prądu by w nocy mieć ogrzewanie, lecz okazało się, że wtyczki nie pasują do domowych gniazdek, więc czeka nas zimna noc. Na szczęście mamy sporo śpiworów. Natomiast nie mamy w co się przebrać i musimy spać w tych samych ciuchach w których odbyliśmy całą podróż i spędziliśmy dzisiejszy dzień.

Przebieg dziś: 13,30 km
Razem: 13,30 km

Dzień 0 (podróż)

   To już dzisiaj! Za niecałe siedem godzin ruszamy w naszą podróż do Australii. Najpierw busem do Krakowa, a następnie lecimy do Sydney z dwiema przesiadkami po drodze. Wczoraj po południu zadzwonił do mnie kierowca naszego busa ze złą nowiną: padła mu klima. Będzie ją próbował dzisiaj rano naprawić, ale jeśli mu się nie powiedzie, to zanim dotrzemy do Balic, będziemy już nieźle wykończeni i przepoceni, gdyż na dzisiaj zapowiada się upał sporo powyżej 30°C.

   Ostatnie godziny spędzamy na dopakowaniu bagaży oraz przygotowaniu domu na naszą długą nieobecność. Mam nadzieję, że o niczym nie zapomnieliśmy. Jedyne co nas teraz jeszcze martwi, to stan zdrowia Tomka. Choć w ciągu dnia jest wesoły, skory do zabawy i już nie gorączkuje, to jednak widać osłabienie chorobą, gdyż dużo więcej śpi. No i ta wysypka na całym ciałku wciąż się utrzymuje, zmieniając się gdzie nie gdzie w pęcherzyki jakby po oparzeniu. Dobrze przynajmniej, że nie swędzi go to zbyt mocno. W każdym razie Ola włączyła mu wczoraj antybiotyk, więc mamy nadzieję, że teraz już z każdą godziną będzie lepiej i lot minie spokojnie.

Na walizkach
 
   Gdy piszę te słowa jest już niedziela 8 lipca (urodziny mojego Taty), godzina 5.20. Lecimy Airbusem A380 z Singapuru do Sydney i jesteśmy gdzieś nad Oceanem Indyjskim 4700 kilometrów od celu. Wszyscy jesteśmy mocno zmęczeni i większość śpi lub próbuje spać. Lecimy w ósemkę, bo Tomek i Lidka polecieli osobno i do tego sporo wcześniej od nas, więc na miejscu powinni być za około pół godziny, gdy tymczasem my z powodów o których poniżej, dopiero gdzieś o 10.30. Teraz jesteśmy już spokojni, w miarę zrelaksowani i tylko czekamy by wreszcie postawić stopy na australijskiej ziemi. A jeszcze kilka godzin temu nie było to wcale pewne, gdyż takich przygód i perturbacji w podróży nigdy przedtem nie doświadczyliśmy. Ale od początku…

   Zamówiony bus przyjechał po nas punktualnie z (na całe szczęście, bo upał spory) naprawioną klimatyzacją. Pożegnawszy się z najbliższymi, sporo przed 15.00, ruszyliśmy na lotnisko do Balic zabierając po drodze Sitków.

Pożegnanie

Jazda minęła nam w wesołej atmosferze i po dwóch godzinach byliśmy na miejscu.

Jedziemy na lotnisko

Jesteśmy w Balicach

Bardzo szybko pozbyliśmy się bagażu i załatwiliśmy wszelkie formalności, po czym skierowaliśmy się do naszego gateu. I tam, początkowo w na pozór niewinny sposób, zaczęły się nasze kłopoty, które miały okazać się brzemienne w skutki. Czekając na godzinę planowego odlotu, usłyszeliśmy w pewnym momencie informację o opóźnieniu naszego samolotu. Ale jako, że tak to najczęściej z lotami bywa, nie przywiązaliśmy do tej informacji zbytniej wagi, zwłaszcza, iż początkowo opóźnienie to nie było aż takie duże. Gdy jednak w końcu znaleźliśmy się na pokładzie, okazało się, że musimy jeszcze kilkanaście minut odczekać do startu i koniec końców wzbiliśmy się w powietrze o ponad godzinę później niż powinniśmy. Mimo to w dalszym ciągu nie dopuszczaliśmy do siebie myśli, że coś może z tego powodu się poknocić. Jedynie mój sąsiad Andrzej (Polak mieszkający od dwudziestu pięciu lat w okolicach Melbourne) lekko się niepokoił faktem, iż może nie zdążyć na lot z Frankfurtu do Singapuru. Pokazał mi nawet swój plan podróży, z którego wynikało, że czasu na przesiadkę będzie miał rzeczywiście ledwo na styk, ale ja go uspokoiłem twierdząc, że skoro ma to jako jedną podróż, to i tak muszą na niego zaczekać.

Lecimy do Frankfurtu

Andrzej z Melbourne

Nie zorientowałem się wtedy jeszcze, że to ten sam lot, którym mieliśmy lecieć również my. Z tego faktu sprawę zdaliśmy sobie dopiero wysiadając we Frankfurcie. Ale dalej byliśmy pewni, że nic nam nie grozi. Co prawda po opuszczeniu samolotu podkręciliśmy ostro tempo i żwawo pognaliśmy do gateu przy którym stał nasz samolot do Singapuru, lecz okazał się on być na tyle daleko, że przemieszczenie zajęło nam ponad dwadzieścia minut, tak, że na miejsce dotarliśmy już po oznaczonej godzinie odlotu. Samolot jednak wciąż stał przy rękawie, co jeszcze na chwilę utwierdziło nas w błędnym przekonaniu, że jednak musiał poczekać. I tu nastąpił pierwszy zgrzyt. Obsługa wpuszczająca na pokład oznajmiła nam, że przybyliśmy zbyt późno i nie wejdziemy. Wtedy jeszcze nie uwierzyliśmy, że to możliwe, zwłaszcza, że panie zaczęły gdzieś dzwonić dopytując czy mogą nas jednak wpuścić, co na chwilkę nas uspokoiło. Jednak po kilku chwilach okazało się, że jednak nie i ku naszemu zdumieniu niemalże w tym samym momencie nasz samolot zaczął oddalać się od okien terminalu definitywnie uświadamiając nam, że mamy kłopot. Ogarnęło nas uczucie zdumienia i niedowierzania, że takie coś mogło przytrafić się akurat nam. Na sekundę poczuliśmy się bezsilni i nie bardzo wiedzieliśmy co robić dalej, a było nas w takiej sytuacji kilkanaście osób podróżujących z Krakowa. Jednak już po chwili stwierdziłem, że stanie z rozdziawionymi gębami nic nie da i trzeba zacząć działać. Podszedłem więc do pań z obsługi i zapytałem co mamy robić. Te odpowiedziały, że załatwią nam hotel i nazajutrz polecimy tym samym lotem. Kategorycznie nie zgodziliśmy się na taki scenariusz, wiedząc, że w niedzielę musimy odebrać kampery, a poza tym u Władzi na nas czekają i byłoby głupio rujnować im plany. Po przedstawieniu naszego stanowiska panie stwierdziły, że możemy w takim razie polecieć do Bangkoku, ale musimy się bardzo spieszyć, gdyż lot ten jest za piętnaście minut. Nie zastanawialiśmy się wcale i po kilku chwilach potrzebnych na wydrukowanie nowych kart pokładowych, byliśmy już na pokładzie starego, zdezelowanego Jumbo Jeta lecącego do Tajlandii. Razem ze zmianą lotu skończyły się nasze plany o wspólnym wesołym rejsie. Zamiast siedzieć wszyscy razem musieliśmy poczekać kilkanaście minut aż załoga dokona roszad wśród pasażerów, tak abyśmy mogli siedzieć przynajmniej dwójkami. I tak ostatecznie ja siedziałem z Majką, a Ola kilka rzędów przede mną z Tomkiem. Jedynie Sitkom udało się nie rozdzielić i mieli wszyscy miejsca obok siebie. Podróż do Bangkoku trwała długo i w zasadzie oprócz tego, że było ciasno, nerwowo i niewygodnie, niczego więcej o niej powiedzieć nie można. Na szczęście dzieci w większej części ją przespały, a i nam udało się na parę godzin zmrużyć oczy. Do Bangkoku dotarliśmy we wczesnych godzinach popołudniowych miejscowego czasu i tu spotkało nas miłe, zdarzenie. Otóż przy wyjściu z rękawa czekali ludzie z kartkami opatrzonymi naszymi nazwiskami i od razu zaprowadzili nas do samolotu lecącego do Singapuru. To napełniło nas ogromną dawką optymizmu, gdyż z obliczeń wyszło nam, że w takim układzie bez problemu zdążymy na nasze planowe loty z Singapuru do Sydney. Co prawda nie będziemy mieli już czasu na spokojne odświeżenie się pod prysznicem i zmianę bielizny, ale co tam… Grunt, że wszystko dobrze się skończyło i wracamy do pierwotnego planu podróży. Dodatkowo po obrzydliwym, ciasnym, brudnym i zatłoczonym Jumbo Jecie, lecieliśmy czyściutkim, nowiutkim i pustawym Boeingiem 777 linii Singapore Airlines z przemiłą obsługą i o niebo lepszą paszą. Po dwóch i pół godzinie lotu dotarliśmy do Singapuru na najładniejsze lotnisko świata. Tam szybciutko sprawdziliśmy kto o której i skąd leci i pożegnawszy Tomka i Lidkę udaliśmy się w ósemkę do naszego gateu. Mieliśmy ponad sześćdziesiąt minut, więc niespiesznie skorzystaliśmy wszyscy z toalety, wyszorowaliśmy zęby, a dzieci zaczęły szaleć, dokazywać i bawić się odreagowując kilkunastogodzinny przymusowy bezruch. Gdy nadeszła nasza kolej podeszliśmy do stanowiska sprawdzania kart pokładowych i paszportów, lecz ku naszemu zdumieniu nie zostaliśmy wpuszczeni do samolotu. Jak się okazało z nieznanych nam na razie przyczyn, Lufthansa anulowała nasze miejsca i w międzyczasie dostał je już ktoś inny. Mamy nadzieję, że Tomka i Lidkę nie spotkał podobny los, a że nie dało się do nich dodzwonić, sądzimy, że wylecieli planowo i będą na nas czekać w Sydney. Działo się to wszystko już w mniej więcej dwudziestej czwartej godzinie naszej podróży, więc moja irytacja została spotęgowana zmęczeniem jak i świadomością, że lada moment biedne dzieciaki padną i ciężko będzie im wytłumaczyć dlaczego nie mogą się położyć i odpocząć. Na domiar złego pogorszył się stan zdrowia Majki, a temperatura skoczyła jej do ponad 39°C. Nie daliśmy się spławić w prosty sposób na co liczyła paniusia odmawiająca nam wstępu na pokład, lecz kazaliśmy jej by znalazła kogoś, ktoś zaprowadzi nas do stanowiska transferowego przy którym należało wyjaśnić powód zamieszania jak i znaleźć jego rozwiązanie. Dzięki temu uporowi oszczędziliśmy sobie stania w kolejce oraz spowodowaliśmy, że zajęto się naszą sprawą poważnie. Niestety, nie zmieniło to faktu, że po raz kolejny w ciągu kilkunastu godzin, nasz samolot odleciał bez nas. Tymczasem przy stanowisku transferowym trwało gorączkowe poszukiwanie ośmiu miejsc w innym, lecącym do Sydney samolocie. I choć lata ich sporo (tego wieczoru było jeszcze kilka), to wcale nie okazało się to być łatwym zadaniem. Gdy w końcu znalazł się lot z potrzebną ilością wolnych miejsc (pięć godzin po naszym) i już się ucieszyliśmy, okazało się, że miejsca są pojedyncze, porozrzucane po całym samolocie i pomimo usilnych starań, pan załatwiający naszą sprawę nie potrafi tak poprzerzucać pasażerów by zapewnić nam przynajmniej po dwa siedzenia obok siebie. My jednak byliśmy zdecydowani brać nawet to, wiedząc, że Tomek będzie w Sydney o 6.00 rano bez adresu wypożyczalni kamperów, bez papierów potwierdzających rezerwacje oraz bez miejsca w którym mógłby poczekać na nas kolejną dobę. Pan jednak nalegał, że załatwi nam hotel i polecimy następnego dnia, gdyż załoga na pewno nie zgodzi się abyśmy lecieli nie towarzysząc dzieciom na siedzeniach obok. Ja jednak uparłem się, że pozostanie na noc w Singapurze absolutnie nie wchodzi w rachubę i na pewno będąc już na pokładzie uda nam się tak pozamieniać miejscami z innymi pasażerami, że nasze dzieci będą podróżować pod naszą opieką. Pan był bardzo sceptyczny twierdząc, że to co oczywiste w zachowaniu Europejczyków nie jest oczywiste tutaj. Pozostałem jednak nieugięty i w końcu dał za wygraną. Trwało to jednak około czterech godzin i byłem całą tą sytuacją serdecznie umęczony. Koniec końców otrzymaliśmy wreszcie upragnione karty pokładowe (miejsca porozrzucane po całym samolocie) i pognaliśmy do gateu. A przy gejcie tak, jak przewidziałem, natychmiast miła pani z obsługi Singapore Airlines zajęła się nami i już po chwili (przy pomocy tegoż samego pana z transfer desku) mieliśmy cztery miejsca obok siebie, dwa kolejne również obok siebie lecz w dalszej części samolotu i tylko dwa pozostały rozstrzelone, ale dzieliły je od siebie zaledwie dwa siedzenia, a jedno z nich znajdowało się tuż za naszą czwórką. Ta sytuacja jednak też nie trwała zbyt długo i przy pomocy stewardesy już po chwili udało mi się tak to zorganizować, że siedzieliśmy wszyscy razem.

Lotnisko w Singapurze

Lecimy do Sydney

   I tak to w tej chwili wygląda. Właśnie minęła 7.00 czasu Sydney, wszyscy już śpią, a ja kończę na razie to pisanie i też spróbuję się zdrzemnąć, bo dzisiaj czeka nas intensywny dzień. Oby na tym skończyły się nasze kłopoty i dalej czekały nas już tylko beztroskie wakacje. Monitor przede mną pokazuje mi, że lecimy już nad Australią Zachodnią i lądujemy za trzy godziny i dwadzieścia minut.